Autor Wątek: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016  (Przeczytany 4331 razy)

Piotrek333

  • sympatyk na poziomie
  • **
  • Wiadomości: 48
Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« dnia: Kwiecień 17, 2017, 08:24:19 pm »
Dzień 1
Jelenia Góra - Kosmonosy (Czechy) 107km
Nocny pociąg z Tczewa dowozi mnie do Jeleniej. Po ósmej rano wsiadam na rumaka i nareszcie w drogę. Jechałem już tędy w zeszłym roku w odwrotnym kierunku i stąd wiem, że na rozgrzewkę będzie przyzwoita przełęcz Szklarska 886mnpm. Nastawiam się, że ten podjazd będzie sprawdzianem, czy moje chorowite kolana dadzą radę wciągnąć obciążoną poziomkę pod górę.
Jeśli będzie dobrze to jadę w Alpy, a jak będzie źle to jadę zwiedzać niziny.


Radość, że wreszcie jestem na wycieczce rysuje się na pysku, jedziemy, jedziemy!!


Podjeżdżam spokojnie, powolutku, jednak kolana trochę bolą. Werdykt jest kiepski, w prawdziwych górach nie da rady. Szkoda.
Za czeską granicą, ogólnie rzecz ujmując, jest z górki. Momentami rozpędzam się do 70km/h. Dla mnie to frajda  trudna do opisania. Tak się cieszę, że wydaję z siebie przeróżne nie artykułowane dźwięki, radosne okrzyki, brzydkie słowa i takie tam.
W miasteczku Mala Skala, tuż obok szosy, jest wysoka skała, a na niej kościółek.


W mieście Turnov przypadkowo trafiam na firmę, z którą współpracuję, pamiątkowa fotka i dalej naprzód znaną mi drogą.
Po zaledwie 100km trafiam na skoda auto kemping. Noc w pociągu trzeba odespać, zostaję.


Dzień 2
Kosmonosy - Tesliny 163km
Po kilku kilometrach od startu wjeżdżam do Mlada Boleslav. Szybka fotka słynnej fabryki Skody


Po 60km ląduję w Pradze. Nie nastawiam się na intensywne zwiedzanie, bo już tu byłem. Jednak nie da się przejechać obojętnie obok tych zabytków, kilka fotek trzeba zrobić.






Za miastem przejeżdżam pod mostem na obwodnicy Pragi. Konstrukcja o wysokości 65m robi wrażenie.


Wieczorem dojeżdżam do wioski, w której miał być kemping. Z trudem dogaduję się z miejscowymi, że żadnego kempingu nie ma. Mam spróbować kilkanaście kilometrów dalej, bo tam coś chyba jest. We wskazanym miejscu zajeżdżam zasięgnąć języka do wioskowej pijalni piwa. Tu również kempingu nie ma. Szczęśliwie jeden z podpitych klientów zmusił właścicielkę lokalu, by pozwoliła mi rozbić namiot na trawniku za budynkiem. W prawdzie prysznica nie było, ale za to przepyszne zimne piweczko tak.



Dzień 3
Tesliny - Regen (Niemcy) 123km
Tak wyglądało miejsce noclegu o poranku.


Przez 55km jechałem po zapyziałych drogach przez biedne wioski. Teren mocno pofałdowany.


By wjechać do Niemiec muszę zrobić małą przełęcz, około 1000mnpm. Jadę bez wysiłku, bo nachylenie jest łagodne, rozciągnięte na 20km. Niestety w czasie podjazdu intensywnie pada deszcz. Natychmiast po przekroczeniu granicy przejaśnia się. Domostwa, jak to w Niemczech, są zadbane. Inny świat.




W lesie zatrzymuję się na jagody. Uwielbiam takie znaleziska. Wczesnym popołudniem, z fioletowym pyskiem, dojeżdżam na kemping w Regen. Bardzo przyjemne miejsce.

Wieczorem w namiocie obdzwaniając znajomych zorientowałem się, że podłoga namiotu jest mokra. Co jest ku... zawołałem ze zdziwienia. Zapalam latarkę i sprawa się wyjaśnia. Piwo rozlane, aparat wraz z pokrowcem, pieniądze i inne drobiazgi zalane.
Od tej pory w namiocie piwo stawiam do buta i już się nie przewraca.   


Dzień 4
Regen - Marktl 114km
   Poranek deszczowy, tak jak i noc. Troszkę się przejaśnia, więc o 8:30 ruszam. Po drodze znowu popaduje deszcz, przez co zmarzłem. Na szczęście zaczął się całkiem zdrowy podjazd, na którym się rozgrzałem. Jak przestało padać, to zeszła mgła tak gęsta, że moje tylne światło na pewno było za słabe. Musiałem zatrzymać się we wiacie autobusowej i odczekać godzinę aż się przejaśni.
Za podjazdem jak zwykle czeka nagroda, zjazd. Szkoda, że nawierzchnia jest całkiem mokra, bo na slickach strach się porządnie rozpędzać. Długie odcinki proste pozwalają rozpędzić się do 75km/h. Jakby było sucho to bez sakw i bez ruchu ulicznego można by tu z 90 rozwinąć. Nabuzowany adrenaliną po 9km ostrego zjazdu wjeżdżam do Deggensdorfu.


Jest duże miasto, to trzeba znaleźć supermarket i zrobić sprawunki. Napotkany skacowany Murzynek tłumaczy mi, że jest niedziela i sklepy są pozamykane. Pokierował mnie na stację benzynową ze sklepem. Tanio nie było. Jak się później okaże, chleb z tej stacji jest taki niezjadliwy, że będę go męczył jeszcze przez kilka dni.

Dzień zrobił się piękny, słoneczny. W Plattling trafiam na sympatyczną imprezę, Festiwal Nibelungów.




Na nocleg zatrzymuję się w miejscowości Marktl. Wieczorem rozmawiam z sakwiarzem z sąsiedniego namiotu. Jest to pan koło sześćdziesiątki, który od lat jeździ po Alpach. Opowiadał gdzie warto jechać, a gdzie nie. Ja i tak swoje wiem, że w Alpach wszędzie jest zajefajnie.
Na kolację szef kuchni tym razem serwuje pomidorową.




Dzień 5
Marktl - Egerbach (Austria) 116km
Gęsta poranna mgła. Dla takiego surrealizmu warto wstać wcześnie, tym chętniej ruszam dalej na południe.


Tuż za wioską, w której nocowałem napotykam poletko z kwiatami oraz ze skarbonką i cennikiem. Najwyraźniej ludzie tu płacą za kwiaty, które sami zerwali pomimo tego, że właściciela nie ma w pobliżu. Ciekawe ile pieniędzy by wpadło do skarbonki, gdyby poletko było w Polsce.


Spotykam... poziomkowicza! Tłumaczę mu, że w Polsce i Czechach ludzie się dziwią na widok poziomki, a w Niemczech i Austrii nikt na mnie nie zwraca uwagi. Starszy pan wyjaśnił, że 30 lat temu też się dziwili na jego widok, a teraz poziomki są tak popularne, że każdy wie co to jest.
Od samego rana majaczy przede mną ledwo widoczny cel wycieczki. Alpy!! Serce rośnie na ten widok. Powolutku, mozolnie zbliżam się, widzę je coraz wyraźniej.


Pierwszy raz widziałem Alpy w  2014 w drodze do Rzymu. Wraz z Andrzejem okrążyliśmy góry i widziałem jedynie szczyty z daleka.
Drugi raz to było w 2015. Robiłem wycieczkę po Alpach jeszcze na pionowym rowerze.
Teraz wjeżdżam po raz drugi, a wzruszony jestem tak samo jak rok temu.
600km w 10 godzin pociągiem, potem 570km przez 4 dni rowerem i jestem. Tu jestem!
Takiej radości nie zna ten, co dojedzie gdzieś pociągiem czy samochodem. Dojechałem rowerem i właśnie wjechałem w Alpy.
Wspinać się po przełęczach nie zamierzam, bo kolana nie dadzą rady, więc na razie mam plan pojechać doliną między górami w kierunku Innsbrucku.


Teren cały czas delikatnie się wznosi i tym sposobem niepostrzeżenie na granicy Austriackiej znalazłem się na wysokości 750mnpm. Pierwsze większe miasteczko w Austri to Sebi. By się w nim znaleźć trzeba zjechać w dół po stromych serpentynach. To jest to co lubię. Okazuje się, że nawet obciążona poziomka całkiem pewnie prowadzi się w ostrych zakrętach.
Doliną rzeki Inn Dojeżdżam do Kufstein.  Potężny zamek na skale robi wrażenie, ale nie zwiedzam go, bo zaczyna kropić deszcz a do kempingu już niedaleko.


Dzień 6
Marktl - Otztal Bahnhof 132km
W zeszłym roku wracałem tą drogą na odcinku od Innsbrucku do Kufstein. Wtedy jechałem główną szosą, więc teraz nawiguję podrzędnymi dróżkami lub ścieżkami rowerowymi. Te podrzędne drogi mają swoje zalety, urokliwe miejscowości, mały ruch samochodów.


Innsbruck z grubsza obejrzałem w zeszłym roku, więc teraz objeżdżam go bokiem drugim brzegiem rzeki Inn.


Przez większość dnia widok mam mniej więcej taki


Zdecydowanie moim tropem podąża burza.


Pewnie fajnie byłoby się schłodzić, bo zmordowany jestem upałem, ale wolę przed tą burzą uciec i czym prędzej szukam kempingu. W miejscu, gdzie według nawigacji jest kemping, znajduje się Area 47. Jest to gigantyczny park rozrywki. Są tu zjeżdżalnie, skocznie, ściana wspinaczkowa itp. itd., ale pola namiotowego to tu nie ma. Miejscowy chłopak wskazuje mi leśny skrót do kempingu. Zdążyłem rozłożyć namiot jak dogoniła mnie burza. Teraz to niech sobie pada nawet i całą noc.


Dzień 7
Otztal Bahnhof - Glorenza (Włochy)108km
Trzeba podjąć decyzję co dalej. Niziny czy góry? Kolana jak na razie mam wypoczęte, bo jechałem po płaskim. Wymyśliłem sobie, że jak będę podjeżdżał na przełęcz i będzie za ciężko, to zawsze mogę zawrócić. Jak będę w górach i kolana sobie rozpieprzę, to wrócę pociągiem. Jakoś to będzie, spróbować warto. Jadę na południe, w kierunku Stelvio. 
Dopóki jadę wzdłuż rzeki Inn jest płasko, ale widoki robią się obiecujące.


Po 11 kilometrach odbijam z głównej drogi na południe. Robię skrót, a w górach skrót zwykle oznacza duże przewyższenia.
Oczywiście droga zaczęła piąć się w górę. Mały ruch, przyjemne wioski, no i te widoki.


Przy drodze na skałach rosną poziomki, rarytas dla strudzonego poziomkowicza.


Po 16 kilometrach mozolnej wspinaczki docieram na wysokość 1559m. Wjechałem i jakoś żyję, jest sukces.


W dole widać Inn oraz miasteczko Prutz. Zaraz tam zjadę stromą drogą. Gdyby nie mój skrót, to dojechałbym tam po płaskim.


Zjazd był naprawdę stromy, a droga wąska. Po chwili znalazłem się na wysokości 800m.


W czasie, gdy zajadałem jogurcik na ławce obok drogi rowerowej, z krzaków wyjechał sakwiarz z.... Polską flagą!! Zawołałem gościa na pogaduchy. Ze dwa zdania z kolesiem zdążyłem zamienić i szybciutko odjechał. Na tych pionowych rowerach to jakieś dzikusy jeżdżą.
Drogi dla rowerów w Austrii są fajne, tylko czasami można nimi dojechać nie tam gdzie się planuje.
Tym razem droga rowerowa odbiła od szosy i doprowadziła mnie do....Szwajcari?!


Po Szwajcarii nie poszalałem, bo po 7 km wróciłem do Austrii. W Austrii czekała na mnie bardzo miła niespodzianka. Podjazd. Tym razem 15km długości i znowu na wysokość 1500m. Trochę to dziwne, ale drugi podjazd nie zmęczył mnie tak, jak ten pierwszy. Kondycyjnie jest dobrze. A na dodatek przekraczam granicę Włoch.
Duże jezioro pomiędzy górami na wysokości 1500m. Po jednej stronie jeziora jest główna droga i miasteczko Resia, a po drugiej stronie jeziora malownicza kręta droga dla rowerów.


Za kilka dni od sympatycznego turysty dowiem się, że jezioro jest sztuczne i aby powstało zalano wioskę. Atrakcją jest wieża kościoła wystająca ponad poziomem wody - niestety nie po tej stronie jeziora, po której jechałem. Takie foto można znaleźć w internecie.


Ostatnie 10km było naprawdę szybkie. Z góry i z wiatrem. Kiedy za zakrętem wiatr robił się boczny, czułem, że nie panuję nad rowerem. Kilka razy było niebezpiecznie. Trochę przesadzam z prędkością, ale szczęśliwie nic się nie stało.



« Ostatnia zmiana: Kwiecień 18, 2017, 05:57:50 am wysłana przez Piotrek333 »

Piotrek333

  • sympatyk na poziomie
  • **
  • Wiadomości: 48
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 ? 05.08.2016
« Odpowiedź #1 dnia: Kwiecień 17, 2017, 08:36:03 pm »
Dzień 8
Glorenza - Cepina 60km
Dzisiaj słynna przełęcz Stelvio 2757m npm. Lekko nie będzie.
Cytat z wikipedii
"Na podjazd od strony północnej prowadzi droga o długości 24,3 kilometra przy średnim nachyleniu 7,4 procent, zawierająca 48 ponumerowanych zakrętów. Daje to rzadko spotykane na innych alpejskich drogach przewyższenie trasy wynoszące ponad 1800 metrów".

W zeszłym roku w alpach myślałem, że jestem kozak jakich mało, do dnia kiedy trafiłem na przełęcz Hochtor 2506 m npm. Nieświadom na co się porywam, cisnąłem mocnym tempem, gdzieś do połowy podjazdu. Potem było coraz ciężej, przystanki na złapanie oddechu coraz częściej. Dowlokłem się na szczyt przełęczy złamany psychicznie i zrujnowany fizycznie.

Tym razem umyślnie nocowałem u stóp podjazdu, by zrobić go z rana, bo słabo znoszę upały.
Wstaję wyjątkowo wcześnie bo o 6. Na początek zaglądam do miasteczka, przy którym nocowałem. Glorenza jest wyjątkowa. Całe miasteczko okolone jest średniowiecznymi murami. Wybrukowane drogi pomiędzy kamienicami, niesamowity, średniowieczny klimat.


W internecie wygrzebałem takie ujęcie z lotu ptaka


Szkoda marnować chłodnego poranka, kiedy czeka na mnie Stelvio. Po przejechaniu 2 km łapię kapcia. Kurde, czy to musi być właśnie dzisiaj? Wymieniam dętkę przy okazji brudząc się mocno, bo rower umorusany grubo. Przejechałem 1km i znowu kapeć w tym samym kole! Pewnie w oponie nadal siedzi szkło. Wymieniam drugą dętkę, zostaje jedna w zapasie.
Ostatnia miejscowość przed podjazdem to Prato allo Stelvio. Umyłem się w oczku wodnym, teraz czas na zakupy. Na taki podjazd lepiej mieć ze 3 litry wody, przydać się mogą również owoce, czekolada no i jeszcze coś na śniadanie.
Skręcam w drogę na przełęcz, a tu niespodzianka. Zakaz wjazdu. Droga jest zamknięta z okazji wyścigu kolarskiego. Szczęśliwie rowerowi turyści mogą jechać.
Zgodnie z planem jadę spokojnie powolutku.
Po kilku kilometrach dogania mnie pilot wyścigu. Zatrzymuję się i przepuszczam kolarzy.


Wiem, że nie dysponuję zbyt dużą mocą, ale za to wytrzymałość mam dobrą. Wmawiam sobie, że jestem nie do zajechania i mam zamiar się tego trzymać. Nie dać się złamać psychicznie to podstawa.
Duża grupa kolarzy przejechała, więc ruszam. Pozostali kolarze powolutku mnie doganiają i ledwo, ledwo wyprzedzają jeszcze przez długi czas. Niektórzy coś do mnie mówią po niemiecku, ale pojęcia nie mam co. Kilka razy odzywali się po angielsku w stylu "oh, recumbent! Man respect". Pewnie słyszeli o tym, że na poziomce wspina się nieco ciężej niż na pionowym.


Tym czasem pedałuję sobie na luzie, a przystanki robię tylko na szybką fotkę widoków.




Mój rower Velogic Base oryginalnie miał z przodu małe koło 20". Lubię przód mieć wysoko, to sobie wstawiłem koło 26" i wszystko jest fajnie, aż do tego dnia. Ta serpentyna ma bardzo ciasne zakręty. Kiedy zawracam w prawo, muszę skręcać bardzo mocno i zarazem pedałować, a mam kolizję pięty z kołem. Bardzo utrudnia mi to robienie nawrotów. Z małym kołem jechało by się znacznie łatwiej.

Tymczasem mam 24 zakręty do przełęczy i nawet ją widzę.




Co jakiś czas słyszę świstanie świstaków, ale ich nie widzę. Bardzo lubię te zwierzaki i rozglądam się za nimi. Najlepiej się zatrzymać i przyglądać uważnie. Wypatrzyłem czterech tych sympatycznych koleżków. Jeden podszedł całkiem blisko.




Powolutku, metr za metrem, obrót korby za obrotem jakoś się wdrapałem. Na przełęczy mnóstwo sklepików z pamiątkami, kawiarnie, turystów mrowie. Na mój widok zaczęli klaskać. Czy ktoś pomyślał, że jestem niepełnosprawny? Czy wszystkim rowerzystom tak klaszczą czy tylko poziomkowiczom z sakwami? Nie wiem.


Obowiązkowa fotka z nazwą przełęczy.


Przed zjazdem trzeba się ciepło ubrać. Przy tych prędkościach i tak zmarznę. Micha się śmieje, będzie ogień. W dół!!




Jak zaczyna śmierdzieć, to trzeba się zatrzymać, aby schłodzić obręcze. Na jednym z takich postojów gadam z chłopakiem który jest z Austrii. Jak mu powiedziałem, że jestem z Polski, to on zaczął gadać po polsku. Wyjaśnił, że jego dziewczyna jest Polką. Mały ten świat.
Na kolejnym przystanku "chłodniczym" spotkałem jedynego dzisiaj sakwiarza. Gość sprzęt ma dosyć leciwy, sakwy zwykłe, nie wodoodporne. Ubrany nie rowerowo, zwykłe stare ciuchy. Długie rozpuszczone włosy. Krawat! Gość mówi, że tak sobie jeździ od lat. Był w Afryce, Azji... Czasem coś sobie u ludzi zarobi. Ten to jest turysta prawdziwy, a nie taki miniaturowy jak ja.

Zjeżdżam do Bormio, kolejne piękne miasto.


Choć jest jeszcze wcześnie, myślę już tylko o kempingu i prysznicu. Wieczorem, jak co dzień, przyglądam się mapie i planuję, w którą stronę pojechać jutro. Urlop nie będzie trwał wiecznie. Z kalkulacji wychodzi, że nie powinienem już się oddalać od domu.


Dzień 9
Cepina - Ossana 85km
Dotychczas kierowałem się na południe i zachód. Teraz kolej na kierunek wschodni, a potem to już trzeba będzie w miarę najkrótszą drogą kierować się do Polski.
Na początku jadę podrzędną drogą, po prawie płaskim terenie. Na prostym odcinku drogi było z górki i ze zdziwieniem stwierdziłem, że właśnie jadę najszybciej w życiu rowerem, 82,5km/h. Na poziomce wiele nie trzeba, by się porządnie rozpędzić.


Po 20 kilometrach odbijam na jeszcze bardziej podrzędną drogę. Znowu skrót. Wiadomo czego należy się spodziewać. Czy po podjechaniu Stelvio powinienem się czegoś jeszcze obawiać? To się okaże.
Drogowcy lojalnie na tablicy ostrzegli co mnie czeka. Te 14% nachylenia to trochę sporo....


Tak wygląda wejście do bunkra pierwszowojennego. Na początku jest kilkanaście metrów tunelu, a potem nie wiem co, bo latarkę mam na dnie sakwy.


W takich domach z kamienia ludzie sobie żyją.


W górach często można trafić na źródełka. Zimna woda pitna w upalny dzień, lepsze mogłoby być tylko zimne piwo.


Co kilometr jest sympatyczna tablica z parametrami kolejnego kilometra podjazdu. Ta mnie trochę załamała, bo 16% to już jest lekka przesada. Przy tym nachyleniu musiałem robić przystanek co 100m, by złapać oddech. Na Stelvio nie było tak stromo!!


W dole widać miasto, z którego wysokości zaczynałem podjazd.


W końcu przełęcz 1852mnpm. Po chwili dojeżdża grupka sympatycznych Kanadyjczyków. Jakież było ich zdziwienie, jak z głębi sakwy wydobyłem jeszcze chłodne piweczko.


Zjazd prowadzi do kolejnego urokliwego miasteczka Monno. Te wąziutkie uliczki pomiędzy kamienicami nadal mnie urzekają.


Wreszcie jadę po głównej drodze, to przynajmniej będzie płasko, tak myślałem. Było pod górkę, ale umiarkowanie łagodnie. W mieście Ponte di Legno stała sympatyczna tablica informująca, że mam dwie drogi do wyboru. W lewo dojadę z powrotem do Bormio przez przełęcz Gavia. Coś mi świta, że to jedna z wyższych przełęczy, więc odpada. Natomiast droga na wprost prowadzi przez przełęcz Tonale. O takiej przełęczy nigdy wcześniej nie słyszałem, więc jest szansa, że nie jest jakaś strasznie wysoka. Dobrze byłoby wiedzieć na jaką wysokość przyjdzie się wspinać. Miejscowy rowerzysta próbuje mi pomóc, ale ja nie znam ani włoskiego ani niemieckiego, a on ani angielskiego ani polskiego.
Pomalutku, spokojnie, z uśmiechem na twarzy kolejną wspinaczkę czas zacząć.


Od Ponte di Legno trzeba było podjechać 11 km ze średnim nachyleniem 8%. Kolejna przełęcz zaliczona!


Na przełęczy jest centrum turystyczno-narciarskie. Przebiega tędy wiele wyciągów narciarskich, są hotele i kilka marketów. Zaglądam do każdego w poszukiwaniu gotowego dania obiadowego w puszce i nie ma. We wszystkich krajach po drodze były takie pyszniutkie obiady, a we Włoszech nie ma. Połowa asortymentu w sklepie to makaron i sosy. Szkoda mi czasu na gotowanie makaronu. Kupuję mleko i musli, uczty nie będzie.
Za 15 kilometrów mam kemping, a najlepsze jest to że te 15 kilometrów będzie z góry.




Kemping w miasteczku Ossana jest tuż przy fajnym zamku. Zwiedziłem miasteczko i obejrzałem z zewnątrz zamek - dla odmiany na nogach.


Kolonia szkolna dokazywała do północy, dobrze, że nie mam broni palnej...


Dzień 10
Ossana - Merano 86km
Poranny obrządek zwykle wygląda tak samo. Pobudka około godziny 8, po 30-40  minutach wsiadam na rower. Pierwszy przystanek na pierwszy posiłek po około 20 kilometrach.
Tym razem był wyjątek bo pierwsze 30 kilometrów było bez pedałowania, główną drogą, delikatnie z górki, aż do jeziora Lago di Santa Giustina.


Tu ostatecznie odbijam na północ. Jadę piękną wąską drogą, wśród sadów. Jabłka jeszcze nie dojrzałe, a szkoda, bo można by je zrywać prosto z szosy. Zgodnie z oczywistą regułą, po zjeździe zaczął się podjazd. Zaczynam na wysokości 570mnpm. Po kilku kilometrach podjazdu zaglądam do malowniczego miasteczka Romallo.


Wyjątkowo, bo dopiero po 35km jazdy, przychodzi ochota na śniadanko w parku w Romallo.


Znowu dokucza mi upał, zatrzymuję się w każdym zacienionym miejscu, a przy okazji robię fotki okolic.


Po 30 kilometrach spokojnego podjazdu, zaliczam koleją przełęcz Passo Palade 1518mnpm.


Kolejne 20 kilometrów to już całkiem przyzwoity zjazd. Wystarczy na chwilę puścić hamulce i prędkość podskakuje w granice 60-70kmh.


Szkoda zatrzymywać się na robienie fotek. Przy prędkości 50km/h część będzie nieostra, ale co tam. Prędkość daje adrenalinę.


Jutro niedziela. Tym razem robię wielkie zakupy. Zapas wody, jedzenia, słodyczy, piwa. Jest tego dobre 10 kilogramów. Czuć, że tylna opona zrobiła się miękka.
Kemping mam w centrum miasta Merano. Zbójeckie 18 Euro to już przesada, zwykle płacę 10-12. Na kempingach jest okazja, by pogadać z innymi sakwiarzami. Jak zwykle opowiadamy sobie, gdzie byliśmy i co widzieliśmy. Każdy ma inne metody obierania trasy, żywienia się, zwiedzania.

Przed wieczorem nagle zerwał się wiaterek, a ludzie w popłochu zaczęli chować dobytek do samochodów lub namiotów. Po cichu podśmiewałem się z nich, że byle wiaterku się boją. Po kilku minutach z wiaterku zrobiło się potężne wiatrzysko i ulewa, a góry omywane wiatrem wyły, jakby pociąg jechał obok namiotu. Potem jeszcze pioruny waliły w pobliżu. Nie pozostało nic innego, jak tylko dobić śledzie ile się da, piwko otworzyć i liczyć, że namiot wytrzyma.


Dzień 11
Merano - San Leonardo in Passiria 23km
Padało całą noc, pada i rano. Jedzenie mam, to sobie leże i jem - coś na zimno, coś na ciepło. Szef kuchni stara się zaskoczyć mój brzuch co i rusz to innym smakołykiem.
Koło godziny 11 przestaje padać, wypełzam z namiotu a tu widok... jak po huraganie. Połamane gałęzie, śmieci, ubrania walają się po kempingu. W namiocie kilka śledzi puściło. No to faktycznie powiało.
Od sąsiadów dostaje 3 piwa, których nie chce im się dźwigać. Zbieram manatki i w drogę, bo niedługo może zacząć znowu padać.
Chmury w górach, góry w chmurach.




Startuję na wysokości 230mnpm, a po 23 km łagodnego wzniesienia kończę na wysokości 620mnpm.
Chciałbym jechać dalej, ale przede mną jest spora przełęcz, a w okolicy krąży burza. Pioruny w górach dudnią odbijając się od zboczy.
Po wczorajszym czuję respekt do gór oraz pogody. Jakby taka burza dopadła mnie na przełęczy, to byłoby krucho. Zatrzymuję się na miejscowym kempingu.   
Popołudnie i wieczór pod znakiem przelotnych opadów. Robię spacer po miasteczku. Przyjemnie tu.




Z tego co pokazuje nawigacja, wynika, że jutro będę miał serpentynę na szczyt tego zbocza.


W czasie jazdy rowerem, z prądnicy mogę ładować akumulatory do nawigacji, smartfona, tableta. Od wczoraj dużo prądu zużywam, a prawie nic nie wytworzyłem. Dzisiaj pierwszy raz korzystam z elektryczności z kempingowej toalety. Wieczorem gawędzę z sakwiarzem z sąsiedniego namiotu, objadam się i ładuję akumulatory... dosłownie.


Leniwy dzień. Oby jutro pogoda dopisała.

« Ostatnia zmiana: Kwiecień 17, 2017, 08:45:06 pm wysłana przez Piotrek333 »

Piotrek333

  • sympatyk na poziomie
  • **
  • Wiadomości: 48
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 ? 05.08.2016
« Odpowiedź #2 dnia: Kwiecień 17, 2017, 08:50:06 pm »
Dzień 12
San Leonardo in Passiria - Egerbach (Austria) 167km
Jestem wyspany, więc wstaję po 6. Poranek jest pogodny i dosyć chłodny. Temperatura 10-15C jest dla mnie optymalna. W drogę!
Natychmiast po wyjechaniu z kempingu zaczyna się podjazd. Serpentyna cały czas pnie się w górę obok miejscowości, w której nocowałem.




Startowałem na wysokości 620 i docieram na 1100. Na nawigacji widzę, że serpentyna się skończyła. Podejrzewam, że teraz będzie płasko a potem z górki.
Myliłem się, jest cały czas pod górę.


Śniadanko z widokiem.


Znowu przydrożne poziomeczki. Przecież ich tu nie zostawię.


Wyjeżdżam ponad linię lasu. Już widać przełęcz!!


Lubię takie widoki


Bezskutecznie wypatruję świstaków. Szkoda, bo to już pewnie ostatnia okazja, by spotkać takiego fajnego koleżkę.


Powyżej linii lasu potrafi mocno wiać. Dzisiaj mam bardzo mocny, lodowaty wiatr. Pomimo tego, że wysilam się na podjeździe, muszę się ciepło ubrać.


Po 20 kilometrach podjazdu ze średnim nachyleniem 7,2% oraz maksymalnym 12,4% jestem na górze. Nareszcie dowiaduję się, jak się nazywa ta przełęcz. Passo Giovo 2094mnpm.


Chętnie bym tu posiedział, zjadł coś, ale jest okropnie zimno. Zakładam na siebie wszystko co mam ciepłego i zjeżdżam.


Po 16km zjazdu ląduję w Vipterno. Tą drogą w zeszłym roku wracałem z Alp. Przede mną spokojny podjazd do granicy włosko - austriackiej.


Dobrze pamiętam z zeszłego roku, że od tego miejsca do Innsbrucku jest cały czas z górki - 37km!!


W Austrii wpadłem do pierwszego napotkanego marketu, by kupić porządny mięsny obiad w puszce - będzie uczta.
Miałem zamiar nocować w Innsbruku, ale jedzie się tak fajnie, że jadę jeszcze 75km z wiatrem do znajomego kempingu w  Egerbach.


Dzień 13
Egerbach - Mamming (Niemcy) 174km
Zadanie na kolejne dni jest proste - cisnąć ile wlezie w stronę Polski. Jechać jak najkrótszą drogą i w miarę możliwości omijać drogi, którymi już jechałem.
Zamek w Kufstein


Ostatnie kilometry pomiędzy górami


Granica Niemiec.


Przede mną krajobraz płaski. Za mną jeszcze widać góry. Żal się z nimi rozstawać.


W muzeum w Rosenheim jest wystawa o wikingach. Wraz z dziećmi wchodzę na łódź, szybka fotka i zasuwam dalej.


Po drodze nie ma co zwiedzać. Pogłaskałem kilku niemieckich zwierzaków.


Jeden jegomość uparł się, że jedzie ze mną do Polski.


Pada deszcz, w Dingolfing miał być kemping, a jest parking dla kamperów. Nie ma nawet toalet. Lepszy komfort miałbym w lesie.
Następny kemping ma być opodal Mamming. Obiekt jest zapuszczony. Właściciel tak samo zapity jak jego koledzy. Pokazuje, że mogę rozbić namiot za płotem, przy jeziorze. Takich ohydnych toalet jeszcze nie widziałem. Na noc lepiej wstawić rower do przedsionka namiotu.


Dzień 14
Mamming - Ejpovice (Czechy) 189km
Planowałem główną drogą kierować się na Pilzno, jednak na głównej drodze jest zakaz ruchu dla rowerów. Muszę lawirować po wioskach.
Z mostu nad Dunajem widać klasztor w Bogen


W czasie pakowania zakupów pod sklepem z plecaka wypadła mi... lustrzanka. Filtr UV przyjął na siebie uderzenie i potłukł się. Całe szczęście, że reszta aparatu przeżyła.

Do 45 kilometra było płasko. Potem 15km podjazdu na 900mnpm.


W Czechach już mogę jechać główną drogą.


W krajach bardziej rozwiniętych kierowcy szanują rowerzystów. W Czechach kultura już podobna do naszej. Znowu ciężarówki wyprzedzają mnie na trzeciego. Każdemu się spieszy, nie ma tego luzu.
Kemping w Pilźnie od kilku lat nieczynny. Zawsze trzeba być gotowym na to, by dokręcić jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do kolejnego.

20 kilometrów dalej trafiam na bardzo fajne pole namiotowe w Ejpovicach. Cena symboliczna, obszar bardzo duży, każdy może rozstawić się z dala od innych. Rozbijam namiot przy plaży. Prysznic niepotrzebny kiedy można się wykąpać w jeziorze.


Dzień 15
Ejpovice - Mala Skala 180km
Przez Czechy jedyna prosta droga to ta sama, którą tu przyjechałem.
Praktycznie nie zatrzymuję się po drodze, chyba, że na szybką fotkę.


W porównaniu do Polski, Czechy są bardzo pofałdowane. Ale w porównaniu do Austrii, to po Czechach jedzie się jak po stole. Bez dużego wysiłku można robić wiele kilometrów dziennie.
Późnym popołudniem trafiam na kemping w Mala Skala nad rzeką Izera.


Po rozbiciu namiotu i odpowiednim nawodnieniu, mogę przespacerować się na wielką skałę, która spodobała mi się w pierwszym dniu wycieczki.
Z góry jest przyjemny widok.




Dzień 16
Mala Skala - Jelenia góra (Polska) 71km
Zadanie na dzisiaj to dojechać do Jeleniej i zapakować się do pociągu.
Tuż po wyjechaniu zaczęło padać, potem to już lało. Szkoda aparatu moczyć. Ze Szklarskiej Poręby do Jeleniej Góry jest cały czas z górki. W strugach deszczu bez pedałowania, zmarzłem jak pies.


Podsumowanie
Dystans - 1910 km
Przewyższenia - 22 km
Czas - 16 dni w drodze, z czego 6 dni w Alpach
Koszt wraz z biletami pkp około 1400zł
Radocha - bezcenna


Założenia na przyszły rok.
1) Nie marnować czasu na dojazd rowerem z Polski - skorzystać z autokaru, pociągu lub samolotu.
2) Odchudzić siebie i bagaż, bo obecne 135kg niełatwo wciągnąć pod górę.
3) W rowerze założyć małe koło z przodu, najniższe przełożenie 20/36, grubsze opony - 40mm.
4) Zobaczyć Mont Blanc
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 17, 2017, 09:25:43 pm wysłana przez Piotrek333 »

gajowy

  • wyczynowiec na poziomie
  • ****
  • Wiadomości: 347
  • byle dalej i dalej
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 ? 05.08.2016
« Odpowiedź #3 dnia: Kwiecień 17, 2017, 10:30:47 pm »
Piotrek, super relacja z wyprawy! :)

Tehen

  • wyczynowiec na poziomie
  • ****
  • Wiadomości: 203
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 ? 05.08.2016
« Odpowiedź #4 dnia: Kwiecień 17, 2017, 11:48:35 pm »
Trzymam kciuki Piotrek za powodzenie z tym Mont Blanc.
A relacja pierwsza klasa.

Jak to mawiał klasyk...


AGA

  • całkiem inny wariat
  • *****
  • Wiadomości: 709
  • PRODUCENT TRAJEK
    • matixbike
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 ? 05.08.2016
« Odpowiedź #5 dnia: Kwiecień 18, 2017, 05:36:31 am »
gratulacje  !!! kapitalna relacja  :)  szacun dla Ciebie  ;)
https://www.facebook.com/matixbike/timeline         - MATIX TRÓJKOŁOWIEC POZIOMY fat 1000W,48v, ,LIPO4 18AH przebieg- 2014-4860km sezon2015 -3740km,sezon2016-4456 przejechane

kwazik

  • sympatyk na poziomie
  • **
  • Wiadomości: 39
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #6 dnia: Kwiecień 18, 2017, 03:31:31 pm »
Rewelacja - zarówno relacja jak i wycieczka :)

No i spotykam kogos kto też lubi niższe temperatury :D Optimum dla mnie 15-25 C, powyżej 30C jest kiepsko ze mną ;)

Pozdrawiam
kwazik

woojtek1

  • wyczynowiec na poziomie
  • ****
  • Wiadomości: 395
  • M5 / Speedliner 'Blue Glide' 26/20
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #7 dnia: Kwiecień 18, 2017, 03:44:16 pm »
Szacun! Miałem się zdrzemnąć, ale idę na rower :)

tomo

  • całkiem inny wariat
  • *****
  • Wiadomości: 689
  • SWB DIY
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #8 dnia: Kwiecień 23, 2017, 07:25:47 am »
Nooo, Piotrek- ale szurnąłeś!
Nie marzły ci giry w tych sandałach? :)

storm

  • całkiem inny wariat
  • *****
  • Wiadomości: 2544
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #9 dnia: Kwiecień 23, 2017, 07:42:55 am »
"Zdjęcie niedostępne" - to się naoglądałem... :(


Romanes

  • kolarz na poziomie
  • ***
  • Wiadomości: 162
  • handmade CRUZBIKE
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #10 dnia: Kwiecień 23, 2017, 11:00:06 am »
Fajna relacja (zdążyłem zdjęcia pooglądać), fajna trasa, szacun i gratulacje Piotrze!

Piotrek333

  • sympatyk na poziomie
  • **
  • Wiadomości: 48
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #11 dnia: Kwiecień 23, 2017, 07:58:01 pm »
Cieszę się, że relacja z wycieczki Wam się podoba. Mam cichą nadzieję, że kogoś zainspirowałem do robienia wycieczek i relacji.
kwazik, tomo - Naprawdę jestem chłodnolubny, skarpety założyłem może 2-3 razy. Na wycieczkach sandały są świetne, bo szybko wyschną po deszczu no i nie ma smrodku. Kilka lat temu na wycieczce 3 tygodniowej w zwykłych butach miałem wiecznie mokre stopy. Poodparzałem je, co odczuwałem jeszcze przez pół roku. 

"zdjęcie niedostępne" - Zdaje się, że portal fotosik ma ograniczenie pobieranych megabajtów i właśnie go przekroczono. Gdzie najlepiej będzie zamieścić te zdjęcia?

storm

  • całkiem inny wariat
  • *****
  • Wiadomości: 2544
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #12 dnia: Kwiecień 23, 2017, 09:53:39 pm »
Zarzuć na jakiegoś ftpa czy FB czy coś?


Makenzen

  • całkiem inny wariat
  • *****
  • Wiadomości: 984
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #13 dnia: Kwiecień 24, 2017, 12:43:03 pm »
Zdaje się, że portal fotosik ma ograniczenie pobieranych megabajtów i właśnie go przekroczono.

Fotosik jest do kitu... Ja korzystam z Postimage.org.
Jeśli pod twoim tyłkiem jawi się rower poziomy... to wiedz, że coś się dzieje!!! :P

Dragon

  • sympatyk
  • *
  • Wiadomości: 9
Odp: Wycieczka w Alpy 21.07.2016 - 05.08.2016
« Odpowiedź #14 dnia: Lipiec 28, 2017, 02:39:13 pm »
Gratuluję świetnej wyprawy i dziękuję za ciekawą relację, napisaną fajnym językiem i okraszoną dobrymi zdjęciami.
SZACUN!!!
Trzymam kciuki za pomyślną realizację również tegorocznych planów i czekam na kolejne relacje ;)
"Ubierz się w obcisłe, bo to warto mieć styl
I depniemy sobie ode wsi dode wsi..."